|
Nie mogąc już znieść szkoły i kolejnych w niej konsultacji, w ostatnią niedzielę, postanowiłem sfotografować sztorm hulający na Bałtyku. Zapakowałem auto sprzętem fotograficznym i herbatą, która jak wiadomo jest obowiązkowym elementem wyposażenia każdego szanującego się dżentelmena, i pomknąłem w kierunku morza. Spodziewając się najciekawszych widoków na samym końcu półwyspu skierowałem się od razu do portu w Helu. Wiało tak, że kiedy tylko droga zbliżała się do wody auto zalewały fale...no ale nic, pewnie już wtedy powinienem zadać sobie pytanie "... co ja tu robię?...", ale na razie niezrażony prułem swoim srebrnym szerszeniem w kierunku "końcówki". Na miejscu zainstalowaliśmy się, razem z moją kobitą, na przeciwko główki falochronu, i z tego miejsca robiliśmy fajne zdjęcia--> było super... ...ale Wy pewnie zastanawiacie się po co ten cały, nudny wywód... no cóż. Ogólnie raczej nie odrywałem oka od wizjera, więc nie za bardzo się orientowałem, co jest grane poza kadrem (drugim okiem nie dało się patrzeć, tak wiało...)--> Tym większe było moje zdziwienie kiedy w pewnym momencie zniknął obraz w wizjerze i zrobiło się dziwnie ciemno... zdążyłem się tylko obrócić, ale i tak zalałem, nie tylko swój aparat ale również sprzęt mojej kobiety która dała mi go na chwilę do ręki...żebym potrzymał...hehehe. Biegnąc do samochodu wyjąłem baterie z obydwu aparatów, następnie, już w aucie ułożyłem wszystko na podłodze, ustawiłem nawiew ciepłego powietrza na nogi i odpaliłem silnik żeby grzało...--> Ponieważ nie było już gdzie wsiąść, na czas suszenia musiałem stać na wietrze... Wniosek: im więcej gorącej herbaty w termosie tym lepiej dla fotografa, ponieważ nigdy nie wiadomo ile trzeba będzie moknąć i się przeziębiać w czasie jakiejś,kurde,wichury... ![]() Ponieważ w czasie sztormu byłem za oknem, więc aby zilustrować mój dramat sięgnąłem do archiwum --> rok 2003. Name: Komentarze: 17.01.2007 :: 07:47 :: 80.245.176.5 |